Loading...

wtorek, 23 sierpnia 2011

BAJECZKA MAMUSI - JAMES AGEE


Byczek pędził pod górę tak szybko jak tylko mógł i w pełnym biegu wrył się w ziemię. “Mamo! – wrzasnął resztką oddechu. – Co się dzieje?! Co oni robią?! Gdzie oni idą?!”
Cielęta innych matek też przybiegły galopem.
Wszystkie patrzyły na nią i czekały na odpowiedź, lecz ona patrzyła gdzieś ponad ich podnieconymi oczami. Kiedy tak obserwowała tajemniczą i majestatyczną rzecz, której jej cielęta wcześniej nie widziały, jej oczy stały się jeszcze bardziej nieruchome niż zwykle, a zanim odpowiedziała, przez dość długą chwilę zdawała się nie słyszeć ich naglących pytań.
W oddali, wzdłuż jesiennie zabarwionej równiny, oświetlone ukośnymi promieniami światła, olbrzymie, niezmierzone stado bydła posuwało się na wschód. Zwierzęta szły niezbyt szybko, ale szybciej niż dla przyjemności. Te na przedzie popychane były przez te idące za nimi; te z tyłu, z małymi wyjątkami, robiły wszystko, żeby utrzymać tempo; te zaś, które były zamknięte w środku stada były tak samo bezwolne jak cząsteczki wewnątrz spadającego kamienia. Ludzie siedzący na koniach jechali z przodu, z tyłu i z boków, co jakiś czas zawracając do tyłu i wracając do przodu, utrzymując stałe tempo i kształt stada, zaś pomiędzy nimi nieustannie w tę i z powrotem kursowały psy szczekające histerycznie. Od czasu do czasu któryś z mężczyzn wrzeszczał coś dziko i to też, jak wściekłe ujadanie psa, niosło się ponad doliną i dawało się słyszeć na tle niskiego i przerażającego dźwięku, który wydawał się dobiegać nie od strony mnóstwa kopyt, lecz ze środka świata, ponad porykiwaniem stada.
Ten hałas był tak odległy od wzgórz, że jedynie potęgował i wydelikatniał cudowną ciszę, w której trwało niebo i ziemia. Ze wzgórza widok był tak samo spokojnie przytłumiony, jak stłumiony był dźwięk. Stado było dosłownie ukryte we wznoszonym przez siebie tumanie i jako tako rozpoznać je można było tylko po rogach wyglądających jak kolce, przebijających przez tę płaską, rozświetloną słońcem chmurę kurzu. W jednym miejscu powiew wiatru odsłonił podskakującą tkaninę wielu grzbietów, lecz tylko na bliskim skraju masy poszczególne zwierzęta bywały widoczne – małe w kędzierzawej tkaninie, idące szybko, potykające się i podnoszące, potrząsające rogatymi głowami lub rozdziawiające swe pyski w niebo w krzyku, który docierał do wzgórz dawno po zamknięciu się szczęk.
Z miejsca, z którego patrzyła, matka nie mogła żadnego rozpoznać. Wiedziała, że wśród nich musi być jej syn – nie widziała go od którejś z poprzednich wiosen i nie zobaczy go już nigdy. Z zadumy wyrwał ją krzyk młodych:
- Dokąd one idą?
Spojrzała w ich niewiedzące oczy.
- Daleko – odrzekła.
- Dokąd? – domagały się wszystkie. – Dokąd, dokąd? – zaryczał jej syn.
Matka zastanawiała się co odpowiedzieć.
- W daleką podróż.
- Lecz dokąd? – krzyknęły znowu. – Tak, dokąd? - powtórzył za nimi jej syn i widoczne było, że traci do niej cierpliwość, jak zawsze kiedy czuł, że stara się go zbyć.
- Nie jestem pewna – odrzekła.
Ich milczenie było tak zimne, że nie była w stanie zbyt długo unikać ich wzroku.
- Hmmm..., niezbyt pewna. Bo, widzisz – powiedziała najrozsądniej jak tylko umiała – nigdy nie widziałam tego swoimi własnymi oczami, a to przecież jest jedyny sposób, żeby się upewnić, nieprawdaż?
Patrzyły na nią. Nie widziała żadnej drogi ucieczki.
- Ale słyszałam o tym – rzekła ze słabą nutką wesołości, - od tych, którzy to widzieli i nie wydaje mi się, żeby był jakiś powód im nie wierzyć.
Spojrzała ponad nimi znowu i to ich zainteresowanie, które miała im właśnie zaspokoić, tak zmieniło wyraz jej oczu, że odwróciły się i również spojrzały.
Stado, które dotąd posuwało się skosem w ich kierunku, zostało zawrócone tak wolno jak obroty gwiazd, których ruchu nie zauważa się zrazu i wkrótce okazało się, że idzie ono prosto w przeciwną im stronę, co sprawiło, że nawet przez ten krótki czas, gdy do nich mówiła, zmniejszyło się znacznie, a jego odgłosy też przycichły wraz z powiększającą się odległością.
- To się zawsze zdarza mniej więcej o tej porze roku – powiedziała cały czas obserwując stado wraz z nimi. – Prawie wszyscy ludzie i konie odchodzą, idąc na północ i na zachód.
- Za góry – powiedział jej syn i z jego głosu wywnioskowała, jak wielki czar ma już dla niego sama ta idea.
- Tak – powiedziała – za góry.
A one próbując bezskutecznie wyobrazić sobie góry, owładnięte zostały powiewem czegoś wielkiego i wspaniałego.
- A potem niezadługo – ciągnęła dalej – każdy się znajdzie i zostanie doprowadzony do jednego miejsca; a potem... dzieje się to, co widzicie. Ze wszystkimi. Czasami, kiedy wiatr jest sprzyjający – dodała ciszej – można ich usłyszeć nadchodzących na długo zanim można ich zobaczyć. To początkowo nawet nie jest podobne do dźwięku. To jest bardziej jak gdyby coś szło głęboko pod ziemią. To niepokoi i czyni cię niespokojnym. Zastanawiasz się, dlaczego do licha tak ma być! Wtedy sobie przypominasz co to jest i wtedy zaczynasz naprawdę to słyszeć. A w końcu, oto wszystkie są.
Zauważyła, że to wcale ich nie interesuje.
- Ale dokąd one idą? – zapytało jedno trochę niecierpliwie.
- Dochodzę już do tego – odrzekła i dała im poczekać, po czym mówiła dalej powoli i niedbale. – Idą do kolei.
“To – pomyślała – za to spojrzenie, którym obrzuciliście mnie wszyscy kiedy powiedziałam, że nie jestem pewna.” – Czekała teraz na ich pytania, a oni czekali na wyjaśnienia.
- Kolej – powiedziała wreszcie – to wielkie, twarde belki metalowe leżące obok siebie, tak mi przynajmniej mówili, i one biegną daleko, daleko po ziemi, tak daleko jak oko może sięgnąć. Wielkie wagony na kołach jadą po tych metalowych belkach, a te ich koła są mniejsze niż koła od wozu, ale za to też zrobione z litego metalu. Te wagony są większe od wszystkich wozów jakie dotąd widzieliście, tak wielkie jak szopy, jak mówią, a ciągnięte są po tych metalowych belkach okropnie wielką czarną maszyną, która głośno wyje.
- Wielkie jak szopy? – jedna z jałówek zapytała sceptycznie.
- Wielkie wystarczająco w każdym razie – odrzekła matka. – Powiedziałam wam, że ja tego nigdy nie widziałam. Lecz te wagony są tak wielkie, że kilkadziesiąt NAS może się zmieścić w każdym z nich na raz. I to właśnie jest dokładnie to, co się dzieje.
Nagle ucichła, bo poczuła, że jakoś – właściwie nie mogła sobie wyobrazić jak – powiedziała chyba za dużo.
- No właśnie, co się dzieje? – chciał wiedzieć jej syn. – Co to znaczy, dzieje się?
Zawsze bardzo się starała być stosunkowo nowoczesną matką. Chyba lepiej, czuła, iść dalej niż pozostawić ich swoim własnym domysłom, wyobrażeniom i mistyfikacjom. Poza tym, w końcu nic nie ma strasznego w tym, co się dzieje... pod warunkiem, że się wie dlaczego.  
- Hmm... – mruknęła – to nic nadzwyczajnego doprawdy. One tylko... przecież, och... kiedy one wszystkie tam w końcu dotrą, to och, przecież czekają tam na nie te wszystkie wielkie wagony w długim szeregu i wielka, czarna maszyna jest na przedzie... dym z niej bucha, jak mówią... i... no, tak – wtedy oni wprowadzają NAS do wagonów, tyle, ile się zmieści w każdym i kiedy wszyscy już tam jesteśmy, to przecież, och...
Zamilkła znowu, bo nie była pewna, dlaczego poczuła się tak nieswojo.
- Aha – mruknął syn – pociąg ich zabiera.
Usłyszawszy to słowo poczuła drżenie w sercu. Gdzie on to złapał – zastanawiała się obrzucając go ukradkowym i ciekawym spojrzeniem. “Och, kochany – myślała  - Nie powinnam była w ogóle zaczynać na ten temat.”
- Tak – powiedziała – kiedy wszyscy są już bezpiecznie w środku, oni zatrzaskują przesuwane drzwi.
Zapanowało chwilowe milczenie, po czym jedno z nich zapytało w zamyśleniu.
- Czy oni ich zabierają gdzieś, gdzie oni nie chcą jechać?
- Och, nie wydaje mi się – powiedziała matka. – Myślę, że to jest bardzo przyjemne.
- Ja chcę jechać – usłyszała żarliwy głos swego syna. – Chcę jechać teraz, od razu. Czy mogę, mamo? Czy mogę? Proszę...
Patrząc w jego oczy ogarnął ją smutek.
- Durniu – powiedziała – będziesz miał na to wystarczająco dużo czasu jak dorośniesz. Lecz mam nadzieję, że zamiast być wybranym do pójścia za góry i udania się w długą podróż, wyrośniesz na bardzo silnego i dobrze prezentującego się byka, aby oni postanowili cię zostawić tu, w domu, razem z twoją matką. I wy też – dodała, zwracając się do pozostałych, małych byczków, ale nie mogła szczerze życzyć tego każdemu za wyjątkiem swoich własnych, a przynajmniej tych najstarszych, najmocniejszych i najdumniejszych, bo wiedziała jak niewiele zostaje wybranych.
Nie uszło jej uwadze, że to co powiedziała nie zostało przyjęte z entuzjazmem.
- Ale ja chcę jechać – upierał się syn.
- Po co? – zapytała. – Widzę, że żadne z was nie zdaje sobie sprawy, jak wielkim zaszczytem jest być wybrany i zostać. To wielki przywilej. Przecież tylko najzwyklejsi zabierani są za góry. Tylko naprawdę dobrzy wybierani są do pozostania. Jeśli chcesz iść za góry – wyrzuciła z siebie pod wpływem nagłej inspiracji – jedynym, co potrzebujesz, to być zwyczajny, beztroski i głupi. Jeśli chcesz mieć chociaż szansę, aby być wybrany do pozostania, musisz starać się być silniejszy i większy, odważniejszy i wspanialszy niż którykolwiek inny. A to wymaga ciężkiej pracy. Każdego dnia. Zdajecie sobie sprawę? – spojrzała radośnie i z nadzieją na każdego po kolei. – Poza tym – dodała widząc, że jeszcze ich nie przekonała – mówiono mi, że życie tam jest bardzo ciężkie, a ludzie bardzo nieuprzejmi... Nie widzicie tego? – powtórzyła udając, że mówi do wszystkich, choć właściwie mówiła tylko do swojego syna. Ale on tylko na nią patrzył.
- Dlaczego chcesz, żebym został w domu? – upierał się, zaś w milczeniu pozostałych czuła to samo pytanie.
- Bo tu jest bezpiecznie – powiedziała bez zastanowienia i zaraz zdała sobie sprawę, że nie tędy droga. – Nie, ot tak sobie, bezpiecznie – kręciła. – To znaczy... ponieważ tutaj my wiemy, co się dzieje i co ma się zdarzyć, i nigdy nie ma co do tego żadnych wątpliwości, nigdy nie ma powodu zastanawiać się, przejmować. Nie widzicie tego? To jest przecież DOM – uśmiechnęła się do tego słowa – w którym każdy zna każdego i każdy jest szczęśliwy i zadowolony.
Byli podejrzanie cicho, patrząc na nią z ukosa – czuła, że nie są ani przekonani, ani nie przekonani. Wiedziała też, że w każdym razie jej syn na pewno nie jest przekonany, bo zadał pytanie, którego się najbardziej obawiała:
- Gdzie oni jadą pociągiem?
Słysząc go wiedziała, że nie może go zbyć byle czym i że nie da się tak łatwo sprowadzić tej ciekawości i zapału, tych sceptycznych tendencji do jakichś rozsądnych granic.
- Nikt nie wie – rzekła i dodała takim tonem, o jakim wiedziała, że mocno nimi wstrząśnie – W każdym razie nie na pewno.
- Co to ma znaczyć “nie na pewno”? – zaryczał jej syn, a najstarszy, największy byczek powtórzył to pytanie ochrypłym głosem.
Matka specjalnie zamilkła, kiedy patrzyła na równinę, a kiedy tak trwała w ciszy, wszyscy usłyszeli po raz ostatni tych, którzy odchodzili za góry; ich ostatni wielki ryk, tak wszelako słaby jak tchnienie; nieustanne, wściekłe ujadanie psa; głęboki pomruk Ziemi.
- Tak – powiedziała, gdy nawet i ten dźwięk całkowicie zamilkł – był taki jeden, który wrócił. – Ich czujne, ufne oczy od razu spojrzały na nią. – Przynajmniej tak mówią – dodała.
Przysunęli się bliżej do niej, bo teraz mówiła bardzo cicho.
- Moja prababcia mi opowiadała – powiedziała. - A jej opowiedziała to jej prababcia, która twierdziła, że na własne oczy to widziała, chociaż, oczywiście, nie mogę za to ręczyć. Ponieważ, oczywiście, nawet nie mogło mi się to przyśnić, zaś prababcia była tak stara, tak bardzo stara, widzicie, że nie zawsze można było być pewnym czy ona wie, co mówi.
Teraz, w miarę jak mówiła, zaczynała sobie to coraz lepiej przypominać i przykro jej było, że dała się wciągnąć w tę całą opowieść.
- Tak – rzekła – mówi się, że był taki jeden, tylko jeden, który kiedykolwiek wrócił i opowiedział, co się działo w pociągu, dokąd pojechał pociąg i co było potem. Opowiadał to wszystko w pośpiechu, jak mówią, ostatnie rzeczy na początku i wszystko inne mieszał, ale to zostało później posortowane i doprowadzone do porządku przez tych, którzy tego słuchali i tych, którzy to potem opowiadali. A oto co mniej więcej się działo:
Mówił, że po tym jak ludzie upchali ile się tylko dało NAS w wagonie, w którym on był, tak, że ich boki ściśle przylegały i przyciskały się do siebie, a nikt nie mógł się położyć, zasunęli drzwi z trzaskiem i hukiem, a potem było nagłe szarpnięcie, tak mocne, że poprzewracaliby się, gdyby ich tak ściśle nie zapakowano i wagon zaczął się poruszać. Ale zaraz po tym, jak ruszył trochę, zatrzymał się tak samo gwałtownie, jak ruszył, więc wszyscy o mało znowu się nie poprzewracali. Widzicie, oni po prostu podpychali następny wagon, który był przyczepiony z tyłu, żeby zapakować jeszcze więcej NAS. On to wszystko widział pomiędzy deskami wagonu, ponieważ pomiędzy deskami były specjalnie szpary, żeby był przewiew.
- Wagon – powiedział jej syn do siebie, aby już nigdy nie zapomnieć tego słowa.
- Powiedział – ciągnęła matka – że po raz pierwszy w swoim życiu bardzo się przestraszył, ale nie wiedział dlaczego. Lecz był w tamtej chwili pewien, że to było coś przerażającego, czego należało się bać. Inni też czuli ten wielki strach. Ryczeli głośno do tych, którzy byli ładowani do wagonu z tyłu, a tamci ryczeli do następnych, ale bez żadnego skutku, bo ci, którzy byli ładowani, znajdowali się w wąskim przejściu pomiędzy dwoma białymi płotami, a następnie szli pod górę po wąskim zboczu, a ludzie poszturchiwali ich jak wtedy, gdy są w złym humorze i nie było innej drogi jak tylko do wagonu. Nie było też żadnego wyjścia z wagonu – próbował się wydostać ze wszystkich sił i był najbliżej drzwi.
Kiedy wagon z tyłu był pełen i drzwi zostały zasunięte, pociąg znowu szarpnął i znowu stanął, a oni załadowali jeszcze więcej NAS do jeszcze jednego wagonu. I tak było dalej i dalej, aż to ruszanie i stawanie przestało przerażać; było to po prostu coś niewygodnego, co nigdy nie miało się skończyć i zaczęli sobie wtedy zdawać sprawę jak są głodni i spragnieni. Nie było jednak żadnego jedzenia i wody, musieli więc wytrzymać, a kiedy już pogodzili się z tym, że zostaną bez kolacji (bo w międzyczasie zrobiło się ciemno), usłyszeli nagłe i potworne wycie, które przestraszyło ich jeszcze bardziej niż cokolwiek poprzednio i pociąg zaczął się znowu poruszać, a kiedy naprężyli swe nogi w oczekiwaniu na następne szarpnięcie przy stawaniu, okazało się, że tym razem, zamiast stanąć, pociąg zaczął jechać coraz szybciej i szybciej, tak szybko, że ziemia w pobliżu płynęła do tyłu jak wezbrany potok i cała okolica, twierdził, zaczęła się też poruszać, zakręcając powoli dookoła odległej góry, jakby wszystko było jednym wielkim kołem. A wtedy stał się wielki niepokój w wagonie, mówił, a nawet w jego kościach. Czuł jakby wszystko w nim się waliło, jakby był wypełniony jakąś ciężką cieczą, co powodowało, że wszystko chciało płynąć w jedną stronę; i wszyscy inni pochylali się tak samo jak on od tej dziwnej ciężkości, która próbowała wyrwać ich, a następnie równie nagle ta ciężkość ustawała i o mało się nie przewracali znowu zanim udało im się jej oprzeć. Nie mógł zrozumieć co to było, ale ponieważ zdarzało się to tyle razy, przyzwyczaili się do tego, tak samo jak opatrzyło im się widzenie okolicy obracającej się powoli jak koło, jak przyzwyczaili się do długich, okrutnych wyć maszyny i do ciągłego, żelaznego hałasu pod sobą, który czynił zimną ciemność tak przerażającą, i do głodu, i pragnienia, i ciągłego stania, i do jechania dalej i dalej, i dalej, jakby nigdy się mieli nie zatrzymać.
- Czy zatrzymali się w końcu? – zapytało jedno.
- Raz na bardzo długo – odrzekła. - Ile razy się zatrzymywali, on myślał: “No, nareszcie! Nareszcie będziemy mogli rozprostować nasze zmęczone nogi i położyć się! Nareszcie dadzą nam jedzenia i wody!” Ale oni nigdy nie pozwolili im wyjść. I nigdy nie dali im jedzenia i wody. Nawet nigdy nie posprzątali spod nich. Musieli stać we własnym gnoju i sikach, które zrobili.
- Dlaczego pociąg stawał? – zapytał jej syn, a ona z ponurym zadowoleniem zauważyła, że zaczynał sobie brać to wszystko do serca.
- On nie mógł zrozumieć dlaczego – odrzekła. – Czasami ludzie chodzili w tę i z powrotem wzdłuż wagonów, a bardziej nerwowi i bardziej ufni z nas ryczeli do nich, ale oni tylko patrzyli wokoło i nigdy nie wydawało się, żeby coś robili. Czasami widział wiele domów i większych zabudowań razem, w których mieszkali ludzie. Czasami to było na pustym polu i po długim staniu nieruchomo słyszeli mały hałas, który szybko stawał się coraz głośniejszy, a w końcu nagle stawał się tak głośny, że zapierał im oddech w piersiach, a w tym hałasie coś czarnego przelatywało obok, bardzo blisko i tak szybko, że nie można było tego zobaczyć. I znikało tak samo nagle, jak się pojawiało, a hałas znów stawał się mały i wtedy w ciszy pociąg zaczynał jechać dalej.
Raz, jak opowiadał, zdarzyło się coś bardzo dziwnego. Stali nieruchomo, a obok zaczęły się powoli przesuwać jakieś inne wagony. Te wagony nie były czerwone, lecz czarne z wieloma szklanymi oknami jak w domu i mówił on, że były pełne ludzkich istot, tak samo jak wagon, w którym on był, był pełen NAS. A jeden z tych ludzi spojrzał w jego oczy i uśmiechnął się, jakby go lubił, albo jakby wiedział jak trudna jest jego podróż.
A więc, zgodnie z tym co on mówił, im też się to przydarzyło – powiedziała z pewną nutką zadowolonej mściwości. – Tylko tyle, że oni siedzieli wygodnie, a nie stali. A ten, który się uśmiechnął, coś jadł.
Zamilkła próbując o czymś pomyśleć, ale niezupełnie mogła uchwycić myśl.
- Czy oni im w końcu pozwolili wyjść? – zapytał jej syn.
- Oczywiście, że im pozwolili – obruszył się najstarszy byczek. – Przecież on wrócił, prawda? Jak mógł wrócić, gdyby nie wyszedł z wagonu?
- Nie pozwalali im wyjść przez długi, długi czas – powiedziała matka.
- Jak długo?
- Bardzo długo, a on był tak zmęczony, że nie był pewien jak długo. Ale powiedział, że z nocy zrobił się dzień, a z dnia noc i tak było kilka razy, zaś pociąg jechał prawie cały czas, a kiedy w końcu stanęli wcześnie rano jednego dnia, byli wszyscy tacy zmęczeni i tak zniechęceni, że już na nic nie zwracali uwagi, nie mówiąc już o jakiejś nadziei, że coś się u nich w ogóle kiedykolwiek zmieni, a wtedy, nagle przyszli ludzie, przystawili szeroki pomost i odryglowali drzwi, i odsunęli je na roścież i to był najcudowniejszy i najszczęśliwszy moment jego życia, gdy zobaczył drzwi otwarte i mógł wyjść na otwarte powietrze na swoich roztrzęsionych nogach, i pić wodę, i jeść wspaniałe, smaczne jedzenie, które na niego czekało i było warte tej całej okropnej podróży.
Teraz, kiedy te sceny zaczęły coraz wyraźniej przed nią stawać, w jej oczach zapalił się blask nieobecności, a jej głos też miał coś w sobie nieobecnego.
- Kiedy tak jedli i pili, ile razy podnosili głowy i rozglądali się wokoło, wszystko co zobaczyli sprawiało im radość. Nawet pociągi ich teraz cieszyły, bo już ich się nie bali. I chociaż te pociągi bez przerwy się rozłączały i łączyły na powrót, wraz z tym całym zgrzytem, zderzaniem i chamskimi wrzaskami, nie zwracali już na to wszystko zbytniej uwagi, bo byli szczęśliwi ze swojego nowego domu, zdziwieni i zachwyceni, że są wśród tysięcy obcych swego własnego rodzaju, wznosili okrzyki spokoju i dziękczynienia, będąc tak zachwyceni wszystkim, co widzieli i co było tak piękne i wspaniałe.
Bo on powiedział, że teraz mieszkali pośród ogrodzeń tak białych jak kość, tak wielu i tak pogmatwanych, i tak błyszczących czystością, że mowy nawet nie ma, żeby dało się to wyrazić i przekazać komuś, kto zna tylko żałosne i małe urządzenia rancza. Za tym labiryntem płotów, przez ciemny i jasny dym snujący się bez przerwy w słońcu, przezierały ciemne budynki stojące jeden obok drugiego, tworząc ścianę tak wielką i wyniosłą jak góry. Powietrze było cały czas wypełnione brzęczeniem, podobnym temu, które się wydobywa z żelaznej szyny po uderzeniu w nią na znak dla ludzi, że czas na jedzenie i w tym całym powietrzu, cały czas była ta sama dziwna, żelazna moc, która sprawia, że cisza przed uderzeniem pioruna jest tak inna od każdej innej ciszy.
Raz na małą chwilkę wiatr zmienił kierunek i powiał na nich prosto od wielkich budynków, przynosząc dziwną i bardzo silną woń, która ich zmieszała i zaniepokoiła. On nie mógł dokładnie określić tej woni, ale powiedział, że to było coś takiego, czego nigdy przedtem nie znał. To śmierdziało jak stare ognisko, powiedział, i jak stara krew i strach, i ciemność, i smutek, i jakaś najstraszliwsza, brutalna siła i jak coś jeszcze, co powodowało, że miał ochotę uciekać. Ten nagły niepokój i ta chęć ucieczki ogarnęła każdego z nich, mówił, do tego stopnia, że zrobiło się pomiędzy nimi wielkie poruszenie i nie było pomiędzy nimi spokoju jak pomiędzy zeschłymi liśćmi przeganianymi wiatrem, a w ich głosach był wielki przestrach. Ale przywódcy wśród nich doszli wkrótce do wniosku, że to musi być sposób w jaki ludzie śmierdzą, kiedy jest ich dużo mieszkających razem. Te ciemne zabudowania musiały być zatłoczone i pełne ludzi, twierdzili, prawdopodobnie wiele tysięcy ich wewnątrz, tak jak NAS na zewnątrz, trudno się było zatem dziwić, że ten ich smród był tak silny i dla naszego rodzaju tak nieprzyjemny. Poza tym, stało się teraz na wszystkie strony jasne, że ludzie nie byli tacy, jak to sobie dotąd wyobrażaliśmy, lecz robili wszystko, co tylko potrafili, aby zapewnić nam wygodę i szczęście, więc z naszej strony nie powinniśmy obruszać się na ich woń, której oni w końcu nie byli w stanie uniknąć tak samo, jak my nie mogliśmy uniknąć naszej. To bardzo możliwe, że ludzie nie lubią naszego zapachu, tak samo jak my nie lubimy ich. No więc ci przywódcy puścili to w obieg i zaraz wszyscy poczuli się lepiej i spokojniej, a kiedy zmienił się wiatr i ten ostry zapach już nie dolatywał do nich, a ich własny powrócił, oczywiście bardzo mocny w takim tłumie, ale jakże swojski i kojący, wszyscy poczuli się znowu spokojni i zadowoleni.
Byli karmieni i pojeni tak hojnie i traktowani tak dobrze, a wspaniałość i piękno tego miejsca, do którego przybyli na odpoczynek, tak daleko przewyższająca wszystko, co dotychczas widzieli i o czym dotychczas marzyli, że ci prości i ciemni, których pamięć była krótka, zaczęli powątpiewać, że cała ta trudna podróż, a nawet całe życie do teraz w ogóle kiedyś istniało. Czyż to nie były tylko cienie, mruczeli, po prostu zły sen?
Nawet i ci bystrzy, którzy dobrze wiedzieli, że to wszystko zdarzyło się naprawdę, zaczynali dochodzić do wniosku, że wszystko do teraz było tak pełne bólu tylko dlatego, żeby wszystko mogło się im teraz wydawać słodsze i bardziej wspaniałe. Niektórzy ze starszych i głębiej myślących wyrażali opinie, że wszystkie te zagadki i trudy podróży zesłane im zostały jako coś w rodzaju ciężkiej próby sprawdzającej ich przydatność oraz, że było całkowicie prawidłowe i odpowiednie, żeby mogli sami sobie wypracować drogę do tak wielkiej nagrody, jak ta, poprzez cierpienie, a także poprzez cierpliwość wobec bólu, który był poza możliwością ich rozumienia; i że teraz w końcu, tym którzy przeszli wszystko dobrze, wszystkie rzeczy staną się wiadome, albowiem tajemnica cierpienia stanęła obnażona w radości. I teraz, kiedy tak spoglądali na to wszystko, co stanowiło przeszłość, wszystkie ich smutki i szaleństwa wydawały się im tak małe i tak ulotne, że od najprostszego z nich nawet do najmądrzejszego, odczuwali coś w rodzaju zabawnego politowania, jakie odczuwamy w stosunku do bardzo młodego, który z pierwszą rzeczą, jaka go urazi lub jest mu zabroniona nabiera pewności, że w całym Stworzeniu wszystko jest niesprawiedliwe i zachowuje się odpowiednio do tego przekonania, szalejąc i smucąc się jakby mu serce miało zaraz pęknąć.
Spojrzała na nich z pobłażliwym uśmiechem w nadziei, że ta mała lekcja zapadnie im głęboko. Wydawali się zainteresowani, ale nieco oszołomieni. “Hmm..., chyba mówię o wiele za wzniośle na ich rozum” – stwierdziła. Lecz ona sama już za głęboko weszła w swą opowieść, żeby ją teraz modyfikować. “Niechaj będzie, co ma być – pomyślała  zniecierpliwiona nieco – nie moja w tym głowa zresztą.”
- Przedtem nawet sobie za bardzo nie zdawali sprawy, że są żywi – ciągnęła dalej – a teraz nagle poczuli, że zrozumieli dlaczego są żywi. To spowodowało, że poczuli się bardzo szczęśliwi, i to były dopiero początki ich radości i zażywania swej nowo nabytej mądrości, kiedy jakiś zupełnie nowy i inny rodzaj nerwowości rozniósł się pomiędzy nimi. Zanim zdążyli się w tym połapać, zaczął się znowu ruch i zdali sobie teraz sprawę, że byli popychani, znowu przez ludzi, w kierunku jakiegoś innego miejsca i w jakimś celu, którego nie znali. Lecz podczas tych ostatnich godzin czuli się tak dobrze, że teraz nie czuli żadnego niepokoju i przechodzili coraz dalej spokojnie, ufając w nadejście nowych, jeszcze lepszych rzeczy. Powiedział nam, że nie czuł się już pędzonym, lecz prowadzonym, nawet gdy stało się jasne, że wszyscy szli w kierunku cienia rzucanego przez te wielkie zabudowania.
Prowadzony był pomiędzy ogrodzeniami, które stały coraz ciaśniej jedno obok drugiego, wśród kompanów, którzy coraz bardziej tłoczyli się i ścieśniali jeden do drugiego, i ponieważ teraz czuł ich ciepło na sobie, nie było mu nieprzyjemnie, a jego przyjemność wynikała nie z tego, że potrzebował być z innymi ze względu na strach, lecz ze względu na nową i przyjemną rozkosz bycia tak blisko, tak głęboko w swoim własnym rodzaju, że wydawało się jakoby każdy oddech i każde uderzenie serca każdego podzielane było wśród tej czeredy, i że każdy był każdym, i inni byli każdym, i każdy był wszystkimi, a wszyscy byli jednym. Przycichli i uspokojeni w tej stopionej w jedno masie, weszli w chłodny cień rzucany przez budynki i teraz z każdym krokiem smród budynków wzmacniał się, a w ciemniejącym powietrzu blask ogrodzeń był jeszcze bardziej dziwaczny.
I teraz, kiedy przyciskali się jeszcze bliżej do siebie, zobaczył przed sobą wąską bramkę i był coraz mocniej naciskany z obu boków i z tyłu, i wszedł z zapałem, i teraz był pomiędzy dwiema barierami, które były tak blisko siebie, że ocierał się o nie oboma bokami i szedł sam, widząc tylko jednego przed sobą i wiedząc o tym, który był za nim, i przez moment dziwna myśl mu przyszła do głowy, że ten przed nim to jest jego ojciec, a ten za nim jego syn, który nie był jeszcze spłodzony.
I teraz światło tak się zmieniło, że wiedział, że już musiał wejść do środka jednego z tych mrocznych i ogromnych budynków, a smród był o wiele silniejszy i taki, że wydawał się prawie palić mu nozdrza i ten smród i to ponure, nowe światło zmieszało się razem i stało się znowu czymś innym, czego nie potrafił nam opisać, za wyjątkiem tego, że, jak mówił, całe powietrze tętniło tym jak jedno niezmierzone serce i w tym biciu tego serca była czysta gwałtowność nieskończenie pomnożona przez gwałtowność, tak że niespokojne uczucie poruszyło go znowu i do tego stopnia, że pomyślał sobie, że byłoby najlepiej zawrócić i uciekać z tego miejsca tak szybko i tak daleko jak to tylko możliwe. To słyszał, jak gdyby mówił to do siebie najpełniejszym głosem, ale to dochodziło skądś z takiej głębokości i z takiej ciemności wewnątrz niego, że dosłyszeć ten swój krzyk mógł tylko jako mniej jeszcze niż szept, jako gorący i mrożący dech, i właściwie ledwo nań zwrócił uwagę, bo tyle było innych rzeczy do zauważenia.
Bo kiedy tak szedł w tej nagłej i zupełnej samotności, mówił nam, to cudowne przekonanie o jedności ze swoją rasą coraz mniej i mniej dla niego znaczyło, a na jego miejsce weszło coś jeszcze bardziej cudownego: zobaczył co to znaczy być sobą samym, stworzeniem oddzielonym i odrębnym od każdego innego, którym nigdy nie był i nigdy już nie będzie. Czuł to całym swoim ciężarem, kiedy tak szedł, i każdą nogą, gdy stawiał ją i przenosił na nią ciężar, i przechodził nad nią, i w każdym muskule, jak szedł, i to właśnie duma dźwigała go, unosiła i sprawiała, że czuł się wielki, i przyjemność, która go przenikała na wskroś. I kiedy tak zaczął rozkoszować się świadomością swej własnej, dokładnej jedyności na tym świecie, zaczął również pojmować (a przynajmniej tak mu się zdawało), dlaczego właśnie te płoty zostały ustawione tak blisko siebie i dlaczego właśnie on szedł między nimi samotnie. To ogarnęło go, mówił, jak odczuwanie spokojnego, chłodnego wiatru, że był nimi prowadzony w kierunku jakiejś jeszcze bardziej cudownej nagrody lub odkrycia dalej w przedzie, których nie mógł sobie oczywiście wyobrazić, ale był pewien, że jest dla niego i tylko dla niego trzymane w zapasie.
I wtedy ten przed nim upadł z wielkim westchnieniem i został tak szybko zabrany z drogi, że nie musiał on nawet zmienić kroku. Ten nagły upadek i odgłos tego westchnienia przeraził go jednak i coś w środku mu powiedziało, że dobrze będzie spojrzeć w górę. I wtedy zobaczył JEGO.
Ponad barierami był mały mostek przebiegający na krzyż. ON stał na tym mostku z nogami rozstawionymi tak szeroko jak tylko mógł. Miał na sobie poplamione spodnie, ale od pasa w górę był nagi i mokry jak od deszczu. Obie ręce miał wzniesione ponad głową i w tych obu rękach trzymał ogromny MŁOT. Z sapnięciem, które trudno było poczytać za głos ludzkiej istoty, i z całą swą mocą, spuścił ten MŁOT na czoło naszego przyjaciela, który na tle oślepiającego błysku usłyszał ze swojego własnego pyska początek westchnienia, a dalej była już tylko ciemność.
“Och, dosyć! Dosyć!” – łkała do siebie w sobie na widok ich przerażonych, młodych oczu. Jakże mogła być aż tak głupia, żeby im tyle opowiedzieć!
- No i co się stało dalej? – przeraził ją głos najstarszego byczka. Ten blask w ich oczach: czy to tylko podniecenie? Żadnej litości, żadnego strachu?
- Co się stało? – zapytało następnych dwoje.
“Bardzo dobrze, – powiedziała do siebie. – Doszłam dotąd, pójdę w takim razie dalej, do końca.” – Postanowiła również niczego nie łagodzić. Da im taką lekcję, której nie zapomną tak łatwo.
- Bardzo dobrze – sama była zaskoczona słysząc siebie mówiącą głośno te słowa. – Jak długo leżał w tej ciemności, sam nie wiedział, ale kiedy zaczął dochodzić do siebie, jedynym co wiedział był niewypowiedzianie potworny ból. Był do góry nogami i bardzo powoli kołysał się i obracał, bo wisiał zaczepiony wielkimi, strasznymi hakami za ścięgna swych pięt, i mówił nam, że uczucie było takie, jakby skóra była zrywana z niego cal po calu w całości. A kiedy oprzytomniał jeszcze trochę bardziej, okazało się, że właśnie to się działo. Noże nadcinały i odkrawały wzdłuż obu boków, pomiędzy skórą i żyjącym ciałem, następnie przyszedł moment najwspanialszej ulgi i nagle czerwone ręce złapały za jego skórę i było szarpnięcie skórą i rozrywanie tkanek, którego było tak samo strasznie słuchać jak czuć, obracanie całego ciała i biednej głowy poniżej, i znowu noże.
To było coś tak poza czymkolwiek, co kiedykolwiek znał nienaturalnego i zaskakującego, że wisiał tam przez jeszcze kilka cięć i rwań, i rozdzierań, zanim był w stanie zebrać się w sobie, wtedy z rykiem i najwyższym wysiłkiem wszystkich swych mocy urwał się z haków i spadł, i rozwalił się na podłodze, i zrywając się na nogi, roztrącił ludzi z nożami. Przez moment byli tak zaskoczeni i tak przerażeni, że nie mogli się ruszyć. Ale zaraz zaczęli biegać szybciej niż, jak mu się zdawało, potrafili i tak samo biegali inni, którym zdarzyło się wypaść mu po drodze. Uciekał po zalanej krwią, błyszczącej podłodze, a następnie niekończącymi się korytarzami obwieszonymi krwawiącymi zwłokami naszego rodzaju i obwieszonymi krwawiącymi kawałkami zwłok, wśród zachlapanych krwią ludzi, którzy mieli w rękach zakrwawione narzędzia, i wypadł na zewnątrz, na otwarte powietrze, i przeskakiwał jedno ogrodzenie po drugim, rozpychając wielu skamieniałych obcych i rycząc na trwogę w biegu, i dalej, do kolei, i na zachód.
Jak udało mu się w ogóle uciec i jak w ogóle znalazł drogę do domu, możemy tylko zgadywać. Mówi się, że tego on też nie bardzo wiedział, gdy doszedł do tej części swojej historii. Niecierpliwili go ci, którzy go o to pytali, bo miał tyle o wiele ważniejszych rzeczy do opowiedzenia, a potem był już tak wyczerpany i tak półprzytomny, że nie mógł powiedzieć niczego zbyt jasno o tym, o czym niewiele wiedział. Możemy jednak wyobrazić sobie, że musiał mieć naprawdę nieprawdopodobną siłę, bo przecież nie mógłby przeżyć MŁOTA, i że siła taka, jaką on miał – jakiej po prostu nie widzi się w dzisiejszych czasach, bo taka była tylko w dawnych czasach – jest zdolna do dokonań, o jakich nasi najsilniejsi i najodważniejsi wzdragają się nawet marzyć. Lecz w tym było coś o wiele silniejszego niż jego siła. To była sprawiedliwa furia, której nic nie mogło stanąć na drodze i która go wyprowadziła z tamtego strasznego miejsca. I był też wyższy, palący i heroiczny powód, aby go chronić po drodze i prowadzić go do domu, i trzymać w nim tchnienie życia tak długo, aby mógł ostrzec NAS. Zdołał nam tylko powiedzieć, że trzymał się kolei, ale jak to się stało, że za każdym razem wybierał właściwą z jej wielu odnóg, nie wiedział. Powiedział nam też, że od czasu do czasu rozpoznawał kształty gór i inne znaki zapamiętane podczas podróży pociągiem, które ukazywały mu się do tyłu i inaczej wyglądały, będąc trudne do zobaczenia (bo był wystarczająco sprytny, aby iść głównie nocami), ale jednak widoczne. Lecz to za mało, żeby coś udowodnić. Bo powiedział nam również, że po prostu znał drogę, że nawet przez moment nie zawahał się, gdy trzeba było wybierać właściwą odnogę kolei, a nawet nie myślał o wybieraniu, i to właściwie nie znaki w krajobrazie go prowadziły, lecz tylko upewniały go w tym, czego był już pewien, i że gdziekolwiek natrafił na ludzkie istoty – a w późniejszych etapach swojej wędrówki, kiedy zaczynał już wątpić czy dożyje i zdoła nas ostrzec, i w związku z tym szedł dzień i noc – żadna z nich nie weszła mu w drogę i nie sprawiła kłopotu, lecz zatrzymywała się jak wryta z szeroko otwartymi ustami.
I bez wątpienia nie można się im dziwić. Pewna jestem, że wasze też byłyby otwarte, gdybyście go zobaczyli kiedy przybył, i cieszę się, że mnie tam wtedy nie było i nie musiałam tego widzieć, nawet chociaż mówi się, że był to największy i najbardziej doniosły dzień ze wszystkich dni, które były i mają dopiero nadejść. Bo mamy świadectwo naocznego świadka jak on wyglądał i to jest takie żywe, nawet kiedy się tego słucha. Przybył ze wschodu bardziej zataczając się niż biegnąc (bo już do tego czasu był tak wyczerpany bólem i zmęczeniem, i utratą krwi, że trudno mu się było utrzymać na nogach), a jego pięty były tak żałośnie rozdarte hakami, że jego kopyta rozdzieliły się bardziej niż normalnie, nogi uginały się z wyczerpania, a na jego roztrzaskanym czole znak MŁOTA był jak jeszcze jeden oczodół dla trzeciego oka.
Przybył na łąkę, gdzie wielkie drzewa zacieniały wodę. “Przyprowadźcie ich wszystkich!” – zaryczał, gdy tylko złapał oddech. “Wszystkich!” Potem pił, a potem zaczął mówić do tych, którzy już tam byli, bo gdy tylko zobaczył się w wodzie, stało się dla niego jasne, tak samo jak i dla pozostałych, którzy na niego patrzyli, że nie było czasu posyłać po innych. Skóra była zerwana z jego głowy i karku, z jego przednich nóg i piersi, i z większej części jednego boku, i z mniejszej części drugiego. Oddzieliła się do tyłu od jego gołych mięśni wiatrem spowodowanym jego biegiem i teraz leżała wokół niego w kurzu jak podarte ubranie. Mówili, że nie można sobie nawet wyobrazić, jak potworna i w pewnym sensie ogromna jest gałka oczna, kiedy skóra zostanie całkowicie zdjęta wokoło. Jego oczy, które w ten sposób właśnie były obnażone, płonęły również bólem i resztkami energii życiowej, i tym desperackim postanowieniem, żeby nas ostrzec, dopóki jeszcze mógł, i przewracał tymi oczami dziko kiedy mówił, albo wwiercał się ich spojrzeniem w każdego ze słuchaczy, przerywając sam sobie krzykiem: “Uwierzcie mi! Och, uwierzcie!” Bo dotąd zapewne nie przyszło mu do głowy, że mogą mu nie uwierzyć i że będzie musiał zrobić ten wielki wysiłek w dodatku do tego wszystkiego, co już zrobił dla nas, aby być wiarygodny, dlatego smutno i wściekle jęczał, i najeżdżał na nich bez żadnego taktu i litości z powodu ich powolności wierzenia. Posługiwał się, jak byście to mogli nazwać, resztkami głosu i tymi resztkami głosu wykrzykiwał, darł się, znęcał się nad nami i obrażał nas w tej swojej rozpaczliwej gorliwości. Kiedy opowiadał, krew płynęła mu z pyska, a mieszając się z lepką śliną, zwisała w dół z dolnej szczęki jak kozia broda.
Niektórzy mówią, że ze swym odartym ze skóry pyskiem i z dzikimi oczami, i z tą brodą, i ze skórą odstającą luźno od jego nagich łopatek jak porwane ubranie, wyglądał prawie jak człowiek. Lecz inni czuli, że lekceważąco było nawet tak myśleć, a jeszcze inni twierdzili, że to żaden komplement dla takiego, który przyszedł nam oznajmić takim kosztem prawdziwą rolę Człowieka. Niektórzy nawet nie mogli zrazu uwierzyć, że pochodził z naszego rancza, i oczywiście różnił się on tak bardzo od nas wyglądem i brzmieniem głosu, i był tak odmienny od tego, jak mógł kiedyś wyglądać i brzmieć, że nikt nie mógł go rozpoznać na pewno, choć niektórzy byli pewni, że go rozpoznają. Inni podejrzewali, że został on przysłany nam z tą historią w jakimś złośliwym i okrutnym celu, zaś fakt, że nie mogli sobie wyobrazić, jaki ten cel mógłby być, sprawiał naturalnie, że stawali się jeszcze bardziej podejrzliwi. Niektórym się wydawało, że był on w rzeczywistości człowiekiem, który próbował – z niewielkim powodzeniem, jak mówili – przebrać się za jednego z nas, a ponieważ, jak tamci, nie umieli sobie wyobrazić, dlaczego człowiek miałby coś takiego robić, czuli się również jeszcze bardziej niepewni. Było sporo takich, którzy wątpili, że ktoś w takim złym stanie jak on, mógł w ogóle przekazać jakieś wiarygodne informacje, a cóż dopiero mówić o radach dawanych tym cieszącym się dobrym zdrowiem. A inni szeptali, nawet wtedy, gdy mówił, że oszalał i jest oszołomem, a wielu w to uwierzyło. To nie było tylko dlatego, że jego historia była tak fantastyczna, lecz były pewne powody do przypuszczenia, jak wielu myślało, że to niezbyt prawdopodobne, aby ktoś przy zdrowych zmysłach narażał się tak dla innych. Jednakże nawet ci, którzy mu nie wierzyli, słuchali uważnie z ciekawości, aby usłyszeć tak nieprawdopodobną bajkę oraz z szacunku, który należy okazać każdemu stworzeniu, które jest już w ostatniej agonii.
Mówię wam to tylko, co on powiedział. Lecz jego cel daleko wykraczał poza samo opowiadanie. Kiedy zadawali pytania, bez względu na to jak ciekawskie lub podejrzliwe lub próżne lub głupie, on przychylał się do każdego, aby im odpowiedzieć z całą cierpliwością i z taką dokładnością szczegółów, jak pamiętał. Zapraszał ich nawet, żeby oglądali jego poranione łydki i pulsującą ranę na czole z tak bliska, jak tylko chcieli. Nawet błagał ich o to, bo wiedział, że nade wszystko muszą mu uwierzyć. Bo dopóki mu nie uwierzymy, czy będziemy mogli znaleźć jakiś powód, albo wystarczająco odwagi, żeby robić te ciężkie i straszliwe rzeczy, które – jak powiedział nam – musimy robić!?
Tylko te rzeczy go obchodziły. Tylko po to wrócił.
Przypomniawszy sobie teraz jasno o jakie rzeczy chodziło, poczuła jak całe jej jestestwo cofa się i waha. Rzuciła szybko okiem na młodzież i równie szybko odwróciła oczy.
- Kiedy mówił – podjęła swą opowieść – a nasi przodkowie słuchali, ludzie po cichu weszli między NAS, a jeden z nich go zastrzelił. Czy zrobił to z litości, czy po to, żeby go uciszyć – jest to kwestia, która była roztrząsana w nieskończoność i prawdopodobnie nigdy nie zostanie wyjaśniona. Czy umarł on od tego strzału, czy z wielkiego bólu i wyczerpania (bo jego oczy, jak mówią, szkliły się już jakiś czas zanim przyszli ludzie), nigdy nie będziemy pewni. Niektórzy przypuszczają nawet, że mógł on umrzeć z żalu i troski o NAS. Inni uważają, że miał wystarczająco dużo powodów, żeby umrzeć bez tego. Wszystkie te rzeczy poplątały się i zagubiły w dysputach tych, którzy uwielbiają teoretyzować i argumentować. Jednakże nie ma co dyskutować nad słowami umierającego, które zostały bardzo wyraźnie zapamiętane: “Powiedzcie im! Uwierzcie!”
- Co on im powiedział, żeby robili? – zapytał po chwili jej syn.
Unikała jego wzroku.
- Istnieje wielka rozbieżność zdań na ten temat – powiedziała w końcu. – Widzisz, on był bardzo zmęczony.
Zapadła cisza, milczeli.
- Tak zmęczony – powiedziała – że niektórzy przypuszczali, że pod koniec, musiał naprawdę nie być przy zdrowych zmysłach.
- Dlaczego? - zapytał jej syn.
- Ponieważ był tak bardzo zmęczony i tak strasznie poturbowany. – Patrzyli na nią nieufnie. – Oraz ze względu na to, co powiedział nam, abyśmy robili.
- Co on powiedział nam, żebyśmy robili? – jej syn zapytał ponownie.
- Właściwie... - jej gardło było suche. – Rzeczy, o których myślenia nawet nie można znieść. To wszystko.
Czekali.
- No, co? – jej syn zapytał zimnym, oskarżycielskim tonem.
- “Każdy jest sobą” – powiedziała wstydliwie. – „Nie jest ze stada. Jest samym sobą.” To jedno.
- Co jeszcze?
- “Nie słuchaj nikogo. Nie zależ od nikogo.”
- Co jeszcze?
- “Wyłamuj się z ogrodzeń” – poczuła wzruszenie i mówiła teraz mniej wstydliwie. – Powiedz wszystkim, wszędzie.”
- Gdzie?
- Wszędzie. Widzisz, on myślał, że musi być nas więcej, o wiele więcej niż jesteśmy sobie w stanie zdać sprawę.
Znowu zapadła cisza.
- Co jeszcze? – zapytał jej syn.
- “Bo jeśli nawet kilku mnie nie posłucha, albo mi nie uwierzy, to wszyscy będziemy zdradzeni.”
- Zdradzeni?
- Miał na myśli robienie tego, co ludzie chcą, abyśmy robili. Nie dla siebie samych, ani dla dobra każdego z NAS.
Byli zakłopotani.
- Ponieważ, widzicie, on uważał, że nie ma innej drogi – jej głos znowu się zmienił. - “Wszyscy, którzy prowadzeni są za góry, ładowani są do pociągów. Wszyscy, którzy są ładowani do pociągów spotykają CZŁOWIEKA Z MŁOTEM. Wszyscy, którzy zostają w domu, utrzymywani są tutaj, aby płodzić i rodzić, i wychowywać innych, aby szli za góry, oszukując i zdradzając tym samym siebie, swój rodzaj i swoje potomstwo na zawsze. Przywiedzeni zostaliśmy do tego życia tylko po to, żeby być ofiarami i nie ma dla nas innego wyjścia, jak tylko wybawić samych siebie.” Czy wy to rozumiecie?
Widziała, że byli nadal zakłopotani i cóż się dziwić biednym dzieciom. Lecz teraz starożytne wersety brzmiały w jej pamięci strasznie i odważnie. Była z nich w pewnym sensie dumna. Dopiero teraz nabrała prawdziwej ochoty, żeby im powiedzieć.
- “Nigdy nie dajcie się wziąć” - zacytowała znowu. – „Nigdy nie dajcie się nigdzie zaciągnąć. Niechaj ci, którzy mogą, zabijają Ludzi. Niechaj ci, którzy nie mogą, unikają ich.”
Spojrzała wkoło po nich.
- Co jeszcze? – zapytał jej syn, a w jego głosie był teraz mężny ton.
- “Zabijajcie roczniaki” – spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała bardzo łagodnie. – „Zabijajcie cielaki” – zauważyła, że męstwo opuszcza jego oczy.
- Zabijać siebie?
- “Tak długo, jak Człowiek będzie dominował nad nami” – potaknęła i z ponurym zdumieniem usłyszała swoje własne słowa dodając – „Nie rodźcie dzieci.”
Na to spojrzeli na nią od razu w taki sposób, że pokochała swe dziecko i wszystkie pozostałe jak nigdy przedtem; i powstało w niej takie żałosne i zdumiewające uniesienie, że przez moment była niczym innym jak tylko swoim własnym wewnętrznym szeptem: “Przecież ja jestem sama jedna. A jednocześnie ze stada. Jednym i drugim na raz. Wszystko jest jednym.”
- Czy oni zrobili to, co im powiedział? – głos jej syna przywrócił ją do porządku.
- Czy bylibyśmy tutaj, gdyby zrobili? – zakpił najstarszy.
- Mówią, że niektórzy zrobili – odrzekła matka. – Niektórzy próbowali. Nie wszyscy.
- Co ludzie im zrobili za to? – zapytał inny.
- Nie wiem – powiedziała. – To było tak dawno temu.
- Czy ty w to wierzysz? – zapytało najstarsze cielę.
- Są tacy, co wierzą – powiedziała.
- A ty wierzysz?
- Mówiono mi, że daleko, w najdzikszych kątach gór są niektórzy z NAS, na ogół bardzo starzy, którzy nigdy nie zostali wzięci. Mówi się, że spotykają się nawet dość często, aby rozmawiać i myśleć razem o bohaterstwie i terrorze dwóch wielkich Istot: Tego Który Wrócił i Człowieka Z Młotem. Nawet tu, w domu, niektórzy ze starych i niektórzy z nas staromodnych w to wierzą, a przynajmniej częściowo. Wiem, że są tacy, którzy mówią, że dziura na czole, czy coś w rodzaju cienia uderzenia Młota, jest znakiem bardzo specjalnej zdolności. I pamiętam jak prababcia śpiewała starą, pobożną piosenkę – hmmm... jak to brzmiało, chyba jakoś tak: “Nie bądź jak bezwolne cielę, bądź wojownikiem w walce.” Lecz nie było takich wielu. Już nie ma żadnego.
- Czy ty w to wierzysz? – naciskał najstarszy i teraz została tknięta spostrzeżeniem, że każde z nich, od najstarszego do najmłodszego bardzo potrzebowało się co do tego upewnić.
- Oczywiście nie, głuptasie – powiedziała i od razu owładnęła nią jakaś niezrozumiała wstydliwość, bo dotarło do niej, że z biegiem czasu ten młody byczek może być do niej doprowadzony. – To jest tylko taka stara, bardzo stara legenda – i z miękkim, słabym uśmiechem dodała lekko – stosujemy ją do straszenia dzieci.
Tymczasem światło zaczęło padać długimi smugami na równinę, a stado było już tylko złotą mgiełką na horyzoncie. Parował za nim nawóz i kurz delikatnie opadał na stratowaną ziemię. Patrzyła w dal przez chwilę zastanawiając się. Coś – to było jak zapomniane słowo na końcu języka. Poczuła nagły chłód późnego popołudnia i zastanawiała się nad czym się zastanawia.
- Chodźcie dzieci – powiedziała raźnie – czas na kolację. – I poszła w drugą stronę, a one za nią.
“Najgorsze w tym wszystkim” – jej syn myślał, - “że nigdy nie można jej zaufać. Gdy mówi, że tak było, prawdopodobnie tylko próbuje cię zwieść. Jeśli mówi, że tak nie było, to prawdopodobnie właśnie tak było. Lecz nigdy nie możesz być pewien. Nie będziesz, dopóki się sam nie przekonasz. A ja pójdę” – powiedział sobie. – „Nie obchodzi mnie, co ona chce. A jeżeli nie jest tak, dlaczego mam w takim razie mieszkać w górach, i nie przejść tej wielkiej podróży, aby  przekonać się co to jest. A jeśli to, co powiedziała jest prawdą, JA przecież wiem już o tym zawczasu i tym, którego JA dostanę, będzie Człowiek Z Młotem. JA usunę Jego i Jego Młot z drogi na zawsze, a to uczyni MNIE jeszcze większym bohaterem od Tego Który Wrócił.”
Tak więc, gdy jego mama spoglądała na niego z troską, on niezupełnie śmiąc zadać jej pytanie, posłał jej swój najczulszy uśmiech i potarł swoją głową jej głowę, a ona została pocieszona.
Najmniejsze i najmłodsze z nich wykonywało podwójne skoki, żeby za nią nadążyć. Teraz, kiedy już nie musiałoby jej przerywać i żadne ze starszych i większych go nie usłyszy i nie będzie sobie z niego robić żartów, wstydliwie wyszeptało swoje pytanie, tak ciepło, wilgotno i łaskotliwie, że poczuła je jakby polizało jej ucho.
- Czego chcesz, kochanie? – zapytała pochylając się.
- Co to jest pociąg?

Przetłumaczył PL