Loading...

niedziela, 21 listopada 2010

Polska terminologia a rzeczywistość

Gdy jesteśmy piśmienni (tzn. nie jesteśmy analfabetami i posiadamy jakie takie zdolności literackie) i chcemy się komuś przypodobać, piszemy tzw. panegiryk. Jest to utwór pochwalny, w którym używa się wyszukanych słów, zazwyczaj z przesadą starając się mocno uwypuklić czyjeś zalety z równoczesnym głębokim ukryciem wad. Tym sposobem taki utwór nigdy nie jest obiektywny, czasami bardzo poważnie mijając się z prawdą i rzeczywistością nagich faktów. Pisanie panegiryków ma u swojego podłoża mniej lub bardziej ukrytą interesowność, albowiem chwaląc kogoś bardzo bogatego lub znaczącego, autor spodziewa się sowitej nagrody, bądź materialnej w postaci żywej gotówki, bądź też innego rodzaju apanaży nieco mniej materialnych, jak pozycja, sława i chwała, które wszelako w finałowym efekcie prowadzą do tego samego – do zwiększenia zawartości portfela przy równoczesnej, zapierającej dech w piersiach satysfakcji.

Zjawisko to od jakiegoś czasu obserwujemy w polskich mediach, zaś od pamiętnego dnia 10 kwietnia 2010 roku, doszło ono do rozmiarów absurdalnych. Na przykład katastrofa pod Smoleńskiem nazwana została „tragedią”, w której „poległ” nie tylko prezydent, ale „cały kwiat” polskiego narodu. Spróbujmy zastanowić się nad tymi trzema sformułowaniami.

Nie przeczę, że dla rodzin zabitych w tym wypadku lotniczym, utrata najbliższych może być tragedią. Może być nawet wielką tragedią, bo dzieci straciły ojców lub matki, żony mężów, a mężowie żony. Matki i ojcowie stracili synów lub córki. W niektórych rodzinach świat się zawalił przynajmniej na chwilę, dopóki czas nie zaleczy świeżych ran psychiczno-mentalnych. Jednakże, gdy spojrzymy na te „tragedie” z nieco szerszej perspektywy, okazuje się, że w żadnej z tych rodzin nie odszedł przecież jedyny żywiciel i żadna z nich nie przymiera głodem. Wprost przeciwnie – ich konta bankowe (i tak dobrze napakowane z racji pełnionych lukratywnych stanowisk) nagle spuchły, jeśli zmarli byli ubezpieczeni. Z „należną” pompą pochowani zostali na koszt państwa – niektórzy nawet na Wawelu lub w alejach zasłużonych. Nie byłoby tego, gdyby zginął w wypadku zwyczajny Kowalski. Rodzina zostałaby zostawiona samej sobie, musiałaby ponieść wszystkie koszty i konsekwencje odejścia w zaświaty człowieka, który był nie tylko bliskim partnerem, ale również dostarczał regularnie pieniędzy na życie. Takiej rodzinie świat się zawala na wiele lat, jeśli nie na zawsze.

Jednakże dla narodu polskiego katastrofa pod Smoleńskiem nie jest żadną tragedią. To media chcą nam wmówić, że te kilkadziesiąt osób miało dla nas tak wielkie znaczenie. Tymczasem nie ma ludzi niezastąpionych i jak widzimy polski rząd doskonale poradził sobie zastępując ich innymi, być może lepszymi. Nie zawalił się świat, a nasz kraj funkcjonuje dalej, ani lepiej, ani gorzej. Nie istnieje nic takiego jak "niepowetowana strata", bo gdyby tak było, wszyscy musielibyśmy być nieśmiertelni i nigdy nie umierać. Jeżeli każdy z nas musi się godzić - bo czy ma jakieś inne wyjście? - z odejściem osoby kochanej i jak się dotąd wydawało niezbędnej, tym bardziej naród jako całość musi się pogodzić, że odeszło kilkudziesięciu jego reprezentantów, którzy nb. nie zawsze się sprawdzali w swojej działalności dla jego dobra. Poza tym tragedia jest pojęciem bardzo względnym. Jeśli tragiczne wydarzenie następuje w naszej rodzinie, odbieramy je zupełnie inaczej niż gdy nastąpi u sąsiadów lub u kogoś zupełnie obcego. Jedynym przypadkiem tragedii narodowej jest wojna, gdy jakieś inne państwo napadnie na nas, okupuje nasze terytorium i zniewala nas. Zastanówmy się, że każdy z Polaków pośrednio, a nasze wojsko bezpośrednio uczestniczy w dwóch wojnach, które są naprawdę tragediami narodowymi dla napadniętych ludzi.

Słowo „polec” wywodzi się z faktu, że ktoś padł na polu bitwy walcząc o jakąś, najczęściej nie swoją i najczęściej brudną sprawę. Miliony żołnierzy w ten sposób „pada” i pies z kulawą nogą nie troszczy się o ich rodziny, nie współczuje im i nie pisze na ich cześć panegiryków. Dlaczego? Bo stanowili „mięso armatnie”, które było potrzebne, aby zaspokoić chciwość i pychę tych, którzy ich na wojnę wysłali. Czyli „żołnierska masa” w której nie rozpoznaje się poszczególnych ludzi, traktując ich jak podstawowy sprzęt, jak granaty, karabiny i amunicję. Ta masa po prostu „ginie” w takiej lub innej potyczce i straty w ludziach są mniej istotne niż utrata czołgu lub działa. Jeśli jednak rozpoznajemy poszczególne jednostki, np. dlatego, że ten ktoś był wyższy rangą i miał jakieś zasługi, nie mówimy że ten i ów został zabity w czasie działań wojennych, lecz że „poległ”, a czasem dodajemy „na polu chwały”, chociaż ta „chwała” na ogół jest bardzo wątpliwej jakości.

W przypadku Smoleńska o załodze samolotu oraz tzw. „rodzinach katyńskich” pisze się, że zginęli w katastrofie, ale o reszcie pasażerów, czyli o „kwiecie polskiego narodu” pisze się, że „polegli”. Prawda, że to pięknie i o wiele lepiej brzmi? Medialni pismacy sugerują tym samym, że ten „kwiat” poległ na posterunku, czyli na polu chwały, zaś w stosunku do prezydenta (używając oczywiście dużej litery) pisało się wręcz (i nadal się tu i ówdzie pisze), że „poległ męczeńską śmiercią bohatera narodowego”, a nawet niektóre, co bardziej wiernopoddańcze media, przyrównywały go wręcz do Chrystusa. Miano bohatera-męczennika nadane już w kilka godzin po katastrofie, zaowocowało zaszczytnym pochówkiem na Wawelu oraz błyskawiczną akcją nadawania nowych nazw ulicom i placom, stawiania naprędce pomników i krzyży gdzie się tylko dało. Towarzyszyły temu manifestacje bigotów śpiewających nabożne pieśni, odmawiających litanie i spowiadających się ze swoich wiernopoddańczych poglądów do telewizyjnych kamer i radiowych mikrofonów.

Jaki był ten „kwiat” polskiego narodu, dobrze wszyscy wiemy. Dopóki żyli i działali media nie szczędziły im niewybrednych krytyk, zaś naród wieszał na nich wszystkie psy i zeszmacał ich ile się tylko dało w towarzyskich dyskusjach przy kieliszku i kawie. Od 10 kwietnia pisze się o nich w samych superlatywach zgodnie z polską, dobrze zatęchłą tradycją, że o zmarłych źle nie wolno mówić. Wyciąga się i wyolbrzymia ich wszystkie zalety, całkowicie zapominając o wadach, które przed 10 kwietnia były przedmiotem napaści, krytyk, pomówień i kpin. Prezydent (z dużej litery, bo to początek zdania) był „ludzkim panem”, skromnym, dobrym, uczciwym, szanowanym przez naród za swe zasługi i kochanym przez współpracowników i podwładnych. W ten sposób tworzą się mity, które przyszłe pokolenia będą uważać za rzeczywistość.

Zastanówmy się co sprawia, że ktoś pcha się do „elity”, czyli według nowej terminologii „kwiatu narodu”? Istnieją różne motywacje i jedną z nich jest służenie krajowi i narodowi. Niestety czasy altruistycznych Czarnieckich i Sobieskich w Polsce, a Lincolnów w Ameryce dawno minęły i dzisiaj już nie uświadczysz człowieka, który cokolwiek zrobi za darmo dla dobra i ku chwale ojczyzny. Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej było sloganem tyleż pustym co nieprawdziwym. Tak zwana „Solidarność”, chcąc jedynie wygrać swoje racje, doprowadziła do bezpowrotnego przekreślenia i zniszczenia większości tego, co zbudowano za czasów PRLu, zamiast rozbudowywać i kontynuować to w nowych warunkach ustrojowych. O ile za tzw. „komuny” przynajmniej stwarzano iluzję „dobra narodowego” (w końcu „socjalizm”, czyli działanie z myślą o społeczeństwie, nie był i nie jest pustym słowem), obecnie naród spadł na ostatnią pozycję w systemie myślenia włodarzy Rzeczpospolitej, zaś o „dobrze narodowym”, czyli wspólnocie wszystkiego, zupełnie zapomniano. Innymi słowy, w Polsce rządzi prywata i każdy, kto się dorwie do żłobu, tak mocno ciągnie tę narodową, biało-czerwoną szmatę, aby mu się jak najwięcej dostało.

Mamy zatem odpowiedź na pytanie zadane na początku poprzedniego akapitu. Do „elity” pchają się ci, którzy chcą – primo – rządzić innymi, bo rozpiera ich napompowane ego i żądza władzy oraz secundo – bo im wyższy stołek, tym większe pieniądze, większe możliwości, a następnie luksus do końca życia na niebotycznej emeryturze. Warto więc walczyć o awanse i piąć się po trupach ścieżkami kariery. Tego typu motywacja powoduje, że cel uświęca środki i nawet jeśli wcześniej istniały jakieś resztki ludzkich uczuć, giną one bezpowrotnie w szaleńczej gonitwie za mamoną i władzą. A ponieważ cel uświęca środki, żaden sposób nie jest zły, żeby wykończyć konkurencję; żadne kłamstwo nie jest złe, żeby zdobyć popleczników; żadna obietnica nie musi być dotrzymana, bo jej data ważności upływa z chwilą jej złożenia. Naród – jeśli w ogóle się o nim myśli – jest takim samym „mięsem armatnim”, czyli ma do czasu służyć brudnym celom. Do czasu wyborów, bo po wygranych wyborach, nie ma już czasu myśleć o narodzie – nie ma już czasu, bo ważniejsze jest utrzymanie się na stołku, a przecież doba ma tylko 24 godziny. Przegrana w wyborach powoduje, że narodu używa się do zwalczania elity rządzącej, co np. w Polsce przejawia się wyjątkowym chamstwem, sianiem nienawiści i tworzeniem podziałów społecznych na „prawdziwych” i „nieprawdziwych” Polaków, psując tym ostatnim reputację w kraju i na świecie.

Sprawa katyńska była znana od końca wojny i kto chciał wiedzieć, ten wiedział, ale nie wolno było o tym mówić. W PRLu wielkim głosem mówiło się o milionach Polaków zamordowanych w niemieckich obozach zagłady na terenach Polski i Niemiec, bo była zimna wojna i wszystko co dotyczyło tamtej strony żelaznej kurtyny było zgniłe i wraże. Po 1989 roku nazistowska zbrodnia straciła swój połysk i przestano się nią interesować, bo zmieniła się polska orientacja polityczna i tym razem wszystko, co się dzieje po drugiej stronie Bugu jest zgniłe i wraże. W zamian za holokaust polska opinia publiczna otrzymała Katyń jako pożywkę do znienawidzenia Rosji – tak, jakbyśmy ją kiedykolwiek kochali. Dwa pokolenia dziennikarzy i publicystów wykarmiły się piersią Katynia, biorąc sowite wierszówki za teksty obracające w koło Macieju ten temat, po to tylko żeby judzić, podżegać, wprowadzać ferment i niezgodę.

Taki był główny powód tej wycieczki 10 kwietnia. Przegięto pałę zbyt mocno i jeśli ktoś tam jest na górze, dał wreszcie niektórym Polakom porządnego klapsa. Dosyć Katynia. Przestańmy międlić tę sprawę w nieskończoność. Przestańmy żyć przeszłością i nurzać się w bezsilnej, bezsensownej nienawiści. Jeśli faktycznie 95% polskiego narodu to chrześcijanie, powinni przestrzegać tego, co nakazał Jezus, którego uważają za swojego mistrza: przebaczyć i zapomnieć. Lecz Jezus jest jedynie na pokaz. Niech świat szlag trafi z zazdrości, że mamy największy posąg kiedykolwiek zbudowany.

Jednym z honorowych gości prezydenta na pokładzie feralnego tupolewa był jeden z żyjących dinozaurów niesławnej pamięci „rządu na uchodźstwie”, zwanego popularnie rządem londyńskim. Gdyby nie ten rząd, nie byłoby dwóch niepotrzebnych tragedii w historii Polski – rzezi w Katyniu i Powstania Warszawskiego. Gdyby sanacyjni politycy i naczelne dowództwo nie uciekło z kraju nie powąchawszy prochu kampanii wrześniowej, nie byłoby nikogo w Katyniu, bo oficerowie byliby z żołnierzami na froncie niemieckim. Dziś, ten dinozaur jest też bohaterem-męczennikiem, bo zdarzyło mu się zginąć w samolocie w drodze do Katynia, gdzie miał „uczcić” ofiary zbrodni wojennej, nie myśląc nawet o tym, że ten „rząd”, którego był członkiem, pośrednio ponosi odpowiedzialność za to co się stało. Sąd surowo karze ludzi na stanowiskach za niedopełnienie obowiązków, zwłaszcza wtedy, gdy doszło do jakiejś katastrofy. Rząd londyński nie tylko cieszył się nietykalnością, ale jego członkowie są uważani we współczesnej, prawicowej Polsce za bohaterów narodowych.

Oto jak się tworzy polska współczesna mitologia, której następne pokolenia będą się uczyć z podręczników jako historycznych faktów do wierzenia. Oto w jaki sposób nieznaczna nawet zmiana terminologii niedouczonych gazetowych pismaków potrafi odwrócić kota ogonem i z tchórza zrobić bohatera; z obrażalskiego pyszałka skromnego „dobrego pana”, którego wszyscy tak kochali; z pospolitego kłamcy, na którego ustach prawda pojawiała się przez pomyłkę, człowieka kryształowo uczciwego i prawdomównego. Ta mitologia tworzy się tu i teraz, wprost przed naszymi oczami.

Są ludzie, którzy się nie zgadzają, protestują, a nawet próbują walczyć, ale jest ich zbyt mało i ich głos jest zbyt cichy. Może się boją o własną skórę? Nie dziwię się, bo w kraju, gdzie panuje ślepota, widzący są oszołomami.

środa, 17 listopada 2010

TONĄCY BRZYTWY SIĘ CHWYTA

Im ktoś się bardziej zaplącze w swoje własne kłamstwa i matactwa, tym bardziej się boi, żeby prawda nie wyszła na jaw. Tym bardziej się boi kompromitacji, na im wyższym stołku siedzi, albowiem im wyżej się siedzi, tym łatwiej spaść na d... i ten upadek jest nie tylko niezmiernie dotkliwy, ale ośmiesza i przekreśla karierę.

Jest w Polsce człowiek, który najlepiej wie, kto spowodował katastrofę w Smoleńsku. Inni się jedynie domyślają, spekulują i konspirują. Jednakże z tych ostatnich wielu wie prawie na pewno, ponieważ mają dostęp do wszystkich dokumentów rozwlekłego śledztwa prowadzonego na wielu płaszczyznach i przez wiele instancji. Ci ludzie wolą milczeć, bo ten jeden kręci, próbując za wszelką cenę ukryć prawdę, a ponieważ jego pozycja jest wysoka i stoją za nim potężne, mroczne siły, każdy woli udawać, że nie wie, gwoli bezpieczeństwa swojej własnej pozycji i portfela.

Tym sposobem sprawa coraz bardziej tonie w bagnie fałszu i zakłamania, i staje się coraz bardziej śmierdząca. Ile pomyj wylano na siebie nawzajem! Ile wyartykułowano krzywdzących pomówień! Ile powstało teorii spiskowych oraz podejrzeń o zamach! Przy okazji podzielono polski naród jak nigdy jeszcze dotąd w historii. Zwrócono przeciw sobie członków najbliższej rodziny, skłócono kolegów w pracy, przyjaźń przestała istnieć, nie mówiąc już o miłości bliźniego, której w polskim narodzie ze świecą by szukać.

Jest w Polsce grupa ludzi, którzy o niczym innym nie marzą jak o napaści na Rosję. Za moich młodych lat takich ludzi nazywało się rewizjonistami i odwetowcami. Oczywiście to nie byli „nasi”, lecz „oni” – te zgrzybiałe dziadki w monachijskich piwiarniach śpiewający drżącymi głosami nazistowskie marsze bojowe i wspominający z łezką w oku dobre czasy Drang nach Osten. Dzisiejsi polscy odwetowcy dyszą nienawiścią do Rosji i wprowadzonego przez nią ustroju – do tej PRLowskiej ojczyzny, w której się urodzili, wykształcili i wychowali.

Tonący brzytwy się chwyta. Ten ktoś, o kim było na początku niniejszego tekstu, w swej zajadłości z jednej strony, a strachu o własną skórę z drugiej, rozpoczął następny akt dramatu. Poskarżyć się sojusznikowi, czyli Wielkiemu Bratu Zza Oceanu, zupełnie jakby ten sojusznik faktycznie był nam „bratem” i miał ochotę nadstawiać karku za Polaków, albo prać ich brudy. Jednakże taka naiwność myślenia nie jest tu najgorsza – gorsze o wiele, że dwoje eksministrów (czy może raczej ekstremistów) zostało wysłane za ocean, aby obcemu rządowi poskarżyć się na swój własny rząd wybrany w demokratycznych wyborach przez naród. Zapytany o zdanie jeden z moich znajomych publicystów określił to jako zdradę stanu, porównując ich do dawnych możnowładców, którzy niejednokrotnie w historii naszego kraju uciekali się do pomocy (często zbrojnej) innego, na ogół wrażego kraju. Niektórzy Piastowie wołali na pomoc Czechów i Niemców przeciwko braciom Piastom. Polscy magnaci ściągnęli szwedzki Potop. Ich potomkowie pomogli trzem cesarstwom w rozbiorach Polski i wymazaniu jej z mapy świata. Nie tak dawno grupa następnych „prawdziwych Polaków” klęczała przed Stalinem, błagając go o pomoc i ustrojową opiekę.

Jednakże w opisanych przypadkach za każdym razem były o wiele poważniejsze powody i o wiele grubsze interesy. Tym razem jest to dalsze mydlenie oczu narodowi i światu, aby tylko nie przyznać się do pospolitego oszustwa kogoś, kto bez reszty owładnięty został obsesyjną żądzą władzy.

10 kwietnia wieczorem oglądałem dziennik australijskiej telewizji rządowej ABC. O katastrofie w Smoleńsku była króciutka wzmianka, ale drwiący uśmieszek prezentera dopowiedział resztę. Na drugi dzień ukazał się New York Times, gdzie pomiędzy wierszami krótkiej notki wiele można było wyczytać. Świat wiedział od razu jak to się odbyło, ale dziennikarzom nie wolno było mówić za wiele. Świat nie chce się mieszać w polskie brudy i cierpliwie czeka, aż Polacy upiorą je w swoim własnym domu. Na razie jednak na to się nie zanosi. Brudzimy się jeszcze bardziej i bardziej, bo nie ma niczego tak obrzydliwie brudnego jak okłamywanie własnego narodu przez tych, którzy uważają się wprost za „pomazańców bożych”.

Ale prawda choć nierychliwa, zawsze wychodzi na wierzch. I wtedy skandal, wstyd, kompromitacja i śmieszność będą kolosalne. Polecą „koronowane” głowy, poprzewracają się wysokie stołki i będziemy wybierać następną „elitę”. Czy lepszą, uczciwszą i bardziej prawdomówną? Zobaczymy. Niechaj sobie każdy taką piosnkę kupi, że Polak i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

sobota, 13 listopada 2010

Oświadczenie

Oświadczam, że nie mam żadnego wpływu na filmy YouTube reklamowane w nagłówku tego blogu. Tworząc tę zakładkę miałem zamiar promować filmy mojego kanału PUBLICYSTYKA BEZ OGRÓDEK i podłożyłem pod link właściwy adres URL i odpowiednie słowa kluczowe. Jednakże YT wykorzystuje okazję, żeby obok moich filmów reklamować inne, z którymi się niejednokrotnie nie zgadzam i które wprost zaśmiecają ten blog.

Jeśli ktoś z Was wie, w jaki sposób tego uniknąć, będę bardzo wdzięczny za radę.

czwartek, 11 listopada 2010

Oto co Jezus mówi o "trzecim oku"...

KAZANIE NA GÓRZE 4

Dlaczego Kościół nie przestrzega Pisma świętego?

Kilka dni temu, szukając materiałów do nowego filmu trafiłem w Wikipedii na tekst, w którym Kościół gęsto się tłumaczy, dlaczego odstawił na bok nauki Jezusa, a zwłaszcza słynne Kazanie na Górze. A oto ten tekst:


W chrześcijaństwie istnieją różne formy interpretacji kazania na górze.

 Kazanie zawiera etykę stanu tymczasowego (tzw. Interimsethik) i wskazania przeznaczone są wyłącznie na okres bliskiego końca świata, jako okazja do pokuty oferowana przez Boga. Ponieważ koniec świata nie nadszedł, etyka kazania na górze straciła swój pierwotny sens.

 Nakazy kazania na górze są niemożliwe do wypełnienia, gdyż tylko Jezus mógł je całkowicie wypełnić. Kazanie ma uświadomić wierzącym ich grzechy, doprowadzić ich do prawdziwej pokuty, by zbawienia oczekiwali jedynie od Boga. Tę interpretację sugerowałMarcin Luter, a za nim większość Kościołów protestanckich.

 Kazanie jest skierowane wyłącznie do uczniów, a nie całego ludu. Tylko elita ludzi doskonałych - następców uczniów jest w stanie zrealizować zasady kazania. Już św. Augustyn uważał, że kazanie stanowi "perfectus vitae chrisianae modus", czyli doskonały sposób życia chrześcijańskiego. Tę interpretację przyjmowała część egzegetów katolickich, szczególnie po soborze trydenckim.

 Kazanie zawiera elementy trudne do wypełnienia, jednak obowiązujące wszystkich wiernych. Jego wypełnienie może stać się możliwe dzięki łasce Bożej, którą wszyscy ludzie otrzymali wraz ze zbawieniem dokonanym przez Jezusa. Jest to najczęstsza interpretacja katolicka.

W zasadzie powinienem się powstrzymać od komentarza. Jednakże nie dziwiłbym się, gdyby coś takiego napisano we wczesnym średniowieczu - ale w XXI wieku?! Ano, końca świata nie było, więc hulaj dusza, piekła nie ma! No więc hulamy... z Kościołem na czele.

niedziela, 7 listopada 2010

NOWOŚCI KANAŁU YOUTUBE PUBLICYSTYKA BEZ OGRÓDEK

W ostatnich dniach kanał wzbogacił się o kilka nowych filmów z serii RELIGIA. A oto tytuły:

KONSPIRACJA - JEZUS W INDIACH?
CZEGO JEZUS NIE POWIEDZIAŁ
HUMORESKI NOWEGO TESTAMENTU

oraz

KAZANIE NA GÓRZE - odcinki 1, 2 i 3.

Tym z Was, którzy jeszcze nie odwiedzali kanału PUBLICYSTYKA BEZ OGRÓDEK wyjaśniam, że seria RELIGIA ukazuje do jakiego stopnia tzw. "Pismo święte" jest zakłamane oraz jak sam Kościół nie przestrzega tego, w co każe wierzyć swoim wyznawcom.

piątek, 5 listopada 2010

PARĘ SŁÓW NA POCZĄTEK

Jak sama nazwa wskazuje treść tego bloga będzie niepokorna, a chwilami nawet wręcz heretycka. Albowiem wiele jest zjawisk i spraw, o których mówi się wstydliwym szeptem, aby przypadkiem nie narazić się komuś. Komu? Na przykład najbliższym, bo jakże często w najbliższej rodzinie mamy tyle poglądów, ideologii i punktów widzenia, ilu jest jej członków (i członkiń). Na przykład środowisku, które jakże często z butami wchodzi do naszego prywatnego życia, potępiając nas za postępowanie odbiegające od przyjętych schematów. Na przykład politykom, którym nie wolno przypominać tego, co obiecywali solennie, gdy walczyli o stołki i miejsca przy żłobie. Na przykład Kościołowi, który nie uznaje żadnej krytyki. I tak dalej.

Jednakże o pewnych sprawach trzeba mówić głośno i bez ogródek, bez owijania w bawełnę i kawa na ławę. Chowanie głowy w piasek wystawia tylną część ciała na razy i kopniaki. Czasami bardzo dotkliwe. Lecz „dla dobra sprawy” i żeby się nie narazić, znosimy je i dalej chowamy głowę w piasek. Sprawia to, że ani nasze indywidualne życie się nie poprawia, ani sytuacja w kraju się nie zmienia na lepsze. Wprost przeciwnie. Nasze chowanie głowy w piasek jest bardzo na rękę tym, którzy nami rządzą – którzy w taki lub owaki sposób sterują naszym życiem.

Ostrożne, wstydliwe i bojaźliwe omijanie z daleka pewnych spraw powoduje, że Polacy stali się społeczeństwem zakłamanym, żyjącym w coraz twardszym kokonie iluzji. Wolimy nie znać nagiej prawdy opartej na nagich faktach. Nie chcemy żyć naprawdę w realnym świecie, ale przecież świat jest realny czy nam się to podoba, czy nie. Więc gdy nagle stajemy oko w oko z twardą rzeczywistością, uważamy że dzieje nam się krzycząca o pomstę do nieba niesprawiedliwość. Ta konfrontacja jest tym bardziej przykra, im głębiej tkwimy w samo stworzonych złudzeniach. Dowiadujemy się bowiem prawdy o sobie, w którą za nic w świecie nie chcemy uwierzyć, ponieważ nie pasuje do naszych złudzeń.

Wychowywałem się w rodzinie prawniczej, gdzie sprawiedliwość, prawość i uczciwość były stawiane na najwyższym piedestale. Nie od święta i bez wielkich słów, lecz przestrzegane na co dzień w każdym aspekcie codziennego życia. Ciężko było żyć z takim nastawieniem w kraju, gdzie niczego się nie kupowało, lecz „zdobywało” lub „załatwiało” i gdzie człowiek uczciwy postrzegany bywał jako durny frajer.

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci – powiada przysłowie. Zasady wyniesione z dzieciństwa towarzyszyły mi przez całe życie. Nigdy nie mogłem się pogodzić z niesprawiedliwością, nieprawością, nieuczciwością, obłudą i fałszem. Ale bycie idealistą i odmieńcem nie przysparza ani przyjaciół, ani gotówki. Próbowałem pisać demaskując zauważone zło, niewłaściwe postawy, nieuczciwość i podłość. Naraziłem się różnym ważnym osobom, a w pewnej ważnej instytucji założono mi teczkę, której zawartość przekreśliła moją pisarską przyszłość i utrudniła życie do tego stopnia, że nie było innego wyjścia jak emigrować.

Internet pozwala na wypowiadanie swoich myśli i poglądów bez obawy, że jakiś „redaktor naczelny” lub cenzor coś poskreśla, zmieni lub dopisze, albo wręcz odmówi publikacji. Przynajmniej na razie. Internet pozwala na wymianę myśli, na dzielenie się poglądami, na uczenie się jeden od drugiego, na konstruktywną i twórczą dyskusję, podczas której uczestnicy inspirują się nawzajem do nowych pomysłów, doświadczeń i przeżyć.

Skorzystałem więc z Internetu jako medium, za pośrednictwem którego mogę wyrazić co mnie boli i z czym się nie mogę pogodzić. Choć od ponad 30 lat jestem poza krajem i Australia stała się moją drugą, tą prawdziwą ojczyzną, Polska nie przestała mnie obchodzić. Mam wobec niej dług do spłacenia za moje smutne dzieciństwo i młodość. Piszę o Polsce i o tym co się tam dzieje, bo ktoś musi głośno poruszać pewne niewygodne zagadnienia.

Trudno mi powiedzieć jak często będą się ukazywały artykuły na tym blogu. O wiele bardziej systematycznie pojawiają się moje filmy na kanale YouTube pn. PUBLICYSTYKA BEZ OGRÓDEK pod adresem http://youtube.com/user/studiozaprog. Ponieważ jednak ten filmowy kanał nie ma zbyt wiele miejsca na komentarze, zapraszam tutaj. Muszę jednak dodać ostrzeżenie – liczę wyłącznie na konstruktywną dyskusję i do niej gorąco zapraszam, ale wszelkie napastliwe i niecenzuralne posty będą bez litości wyrzucane.

Pozdrawiam wszystkich.