Loading...

niedziela, 21 listopada 2010

Polska terminologia a rzeczywistość

Gdy jesteśmy piśmienni (tzn. nie jesteśmy analfabetami i posiadamy jakie takie zdolności literackie) i chcemy się komuś przypodobać, piszemy tzw. panegiryk. Jest to utwór pochwalny, w którym używa się wyszukanych słów, zazwyczaj z przesadą starając się mocno uwypuklić czyjeś zalety z równoczesnym głębokim ukryciem wad. Tym sposobem taki utwór nigdy nie jest obiektywny, czasami bardzo poważnie mijając się z prawdą i rzeczywistością nagich faktów. Pisanie panegiryków ma u swojego podłoża mniej lub bardziej ukrytą interesowność, albowiem chwaląc kogoś bardzo bogatego lub znaczącego, autor spodziewa się sowitej nagrody, bądź materialnej w postaci żywej gotówki, bądź też innego rodzaju apanaży nieco mniej materialnych, jak pozycja, sława i chwała, które wszelako w finałowym efekcie prowadzą do tego samego – do zwiększenia zawartości portfela przy równoczesnej, zapierającej dech w piersiach satysfakcji.

Zjawisko to od jakiegoś czasu obserwujemy w polskich mediach, zaś od pamiętnego dnia 10 kwietnia 2010 roku, doszło ono do rozmiarów absurdalnych. Na przykład katastrofa pod Smoleńskiem nazwana została „tragedią”, w której „poległ” nie tylko prezydent, ale „cały kwiat” polskiego narodu. Spróbujmy zastanowić się nad tymi trzema sformułowaniami.

Nie przeczę, że dla rodzin zabitych w tym wypadku lotniczym, utrata najbliższych może być tragedią. Może być nawet wielką tragedią, bo dzieci straciły ojców lub matki, żony mężów, a mężowie żony. Matki i ojcowie stracili synów lub córki. W niektórych rodzinach świat się zawalił przynajmniej na chwilę, dopóki czas nie zaleczy świeżych ran psychiczno-mentalnych. Jednakże, gdy spojrzymy na te „tragedie” z nieco szerszej perspektywy, okazuje się, że w żadnej z tych rodzin nie odszedł przecież jedyny żywiciel i żadna z nich nie przymiera głodem. Wprost przeciwnie – ich konta bankowe (i tak dobrze napakowane z racji pełnionych lukratywnych stanowisk) nagle spuchły, jeśli zmarli byli ubezpieczeni. Z „należną” pompą pochowani zostali na koszt państwa – niektórzy nawet na Wawelu lub w alejach zasłużonych. Nie byłoby tego, gdyby zginął w wypadku zwyczajny Kowalski. Rodzina zostałaby zostawiona samej sobie, musiałaby ponieść wszystkie koszty i konsekwencje odejścia w zaświaty człowieka, który był nie tylko bliskim partnerem, ale również dostarczał regularnie pieniędzy na życie. Takiej rodzinie świat się zawala na wiele lat, jeśli nie na zawsze.

Jednakże dla narodu polskiego katastrofa pod Smoleńskiem nie jest żadną tragedią. To media chcą nam wmówić, że te kilkadziesiąt osób miało dla nas tak wielkie znaczenie. Tymczasem nie ma ludzi niezastąpionych i jak widzimy polski rząd doskonale poradził sobie zastępując ich innymi, być może lepszymi. Nie zawalił się świat, a nasz kraj funkcjonuje dalej, ani lepiej, ani gorzej. Nie istnieje nic takiego jak "niepowetowana strata", bo gdyby tak było, wszyscy musielibyśmy być nieśmiertelni i nigdy nie umierać. Jeżeli każdy z nas musi się godzić - bo czy ma jakieś inne wyjście? - z odejściem osoby kochanej i jak się dotąd wydawało niezbędnej, tym bardziej naród jako całość musi się pogodzić, że odeszło kilkudziesięciu jego reprezentantów, którzy nb. nie zawsze się sprawdzali w swojej działalności dla jego dobra. Poza tym tragedia jest pojęciem bardzo względnym. Jeśli tragiczne wydarzenie następuje w naszej rodzinie, odbieramy je zupełnie inaczej niż gdy nastąpi u sąsiadów lub u kogoś zupełnie obcego. Jedynym przypadkiem tragedii narodowej jest wojna, gdy jakieś inne państwo napadnie na nas, okupuje nasze terytorium i zniewala nas. Zastanówmy się, że każdy z Polaków pośrednio, a nasze wojsko bezpośrednio uczestniczy w dwóch wojnach, które są naprawdę tragediami narodowymi dla napadniętych ludzi.

Słowo „polec” wywodzi się z faktu, że ktoś padł na polu bitwy walcząc o jakąś, najczęściej nie swoją i najczęściej brudną sprawę. Miliony żołnierzy w ten sposób „pada” i pies z kulawą nogą nie troszczy się o ich rodziny, nie współczuje im i nie pisze na ich cześć panegiryków. Dlaczego? Bo stanowili „mięso armatnie”, które było potrzebne, aby zaspokoić chciwość i pychę tych, którzy ich na wojnę wysłali. Czyli „żołnierska masa” w której nie rozpoznaje się poszczególnych ludzi, traktując ich jak podstawowy sprzęt, jak granaty, karabiny i amunicję. Ta masa po prostu „ginie” w takiej lub innej potyczce i straty w ludziach są mniej istotne niż utrata czołgu lub działa. Jeśli jednak rozpoznajemy poszczególne jednostki, np. dlatego, że ten ktoś był wyższy rangą i miał jakieś zasługi, nie mówimy że ten i ów został zabity w czasie działań wojennych, lecz że „poległ”, a czasem dodajemy „na polu chwały”, chociaż ta „chwała” na ogół jest bardzo wątpliwej jakości.

W przypadku Smoleńska o załodze samolotu oraz tzw. „rodzinach katyńskich” pisze się, że zginęli w katastrofie, ale o reszcie pasażerów, czyli o „kwiecie polskiego narodu” pisze się, że „polegli”. Prawda, że to pięknie i o wiele lepiej brzmi? Medialni pismacy sugerują tym samym, że ten „kwiat” poległ na posterunku, czyli na polu chwały, zaś w stosunku do prezydenta (używając oczywiście dużej litery) pisało się wręcz (i nadal się tu i ówdzie pisze), że „poległ męczeńską śmiercią bohatera narodowego”, a nawet niektóre, co bardziej wiernopoddańcze media, przyrównywały go wręcz do Chrystusa. Miano bohatera-męczennika nadane już w kilka godzin po katastrofie, zaowocowało zaszczytnym pochówkiem na Wawelu oraz błyskawiczną akcją nadawania nowych nazw ulicom i placom, stawiania naprędce pomników i krzyży gdzie się tylko dało. Towarzyszyły temu manifestacje bigotów śpiewających nabożne pieśni, odmawiających litanie i spowiadających się ze swoich wiernopoddańczych poglądów do telewizyjnych kamer i radiowych mikrofonów.

Jaki był ten „kwiat” polskiego narodu, dobrze wszyscy wiemy. Dopóki żyli i działali media nie szczędziły im niewybrednych krytyk, zaś naród wieszał na nich wszystkie psy i zeszmacał ich ile się tylko dało w towarzyskich dyskusjach przy kieliszku i kawie. Od 10 kwietnia pisze się o nich w samych superlatywach zgodnie z polską, dobrze zatęchłą tradycją, że o zmarłych źle nie wolno mówić. Wyciąga się i wyolbrzymia ich wszystkie zalety, całkowicie zapominając o wadach, które przed 10 kwietnia były przedmiotem napaści, krytyk, pomówień i kpin. Prezydent (z dużej litery, bo to początek zdania) był „ludzkim panem”, skromnym, dobrym, uczciwym, szanowanym przez naród za swe zasługi i kochanym przez współpracowników i podwładnych. W ten sposób tworzą się mity, które przyszłe pokolenia będą uważać za rzeczywistość.

Zastanówmy się co sprawia, że ktoś pcha się do „elity”, czyli według nowej terminologii „kwiatu narodu”? Istnieją różne motywacje i jedną z nich jest służenie krajowi i narodowi. Niestety czasy altruistycznych Czarnieckich i Sobieskich w Polsce, a Lincolnów w Ameryce dawno minęły i dzisiaj już nie uświadczysz człowieka, który cokolwiek zrobi za darmo dla dobra i ku chwale ojczyzny. Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej było sloganem tyleż pustym co nieprawdziwym. Tak zwana „Solidarność”, chcąc jedynie wygrać swoje racje, doprowadziła do bezpowrotnego przekreślenia i zniszczenia większości tego, co zbudowano za czasów PRLu, zamiast rozbudowywać i kontynuować to w nowych warunkach ustrojowych. O ile za tzw. „komuny” przynajmniej stwarzano iluzję „dobra narodowego” (w końcu „socjalizm”, czyli działanie z myślą o społeczeństwie, nie był i nie jest pustym słowem), obecnie naród spadł na ostatnią pozycję w systemie myślenia włodarzy Rzeczpospolitej, zaś o „dobrze narodowym”, czyli wspólnocie wszystkiego, zupełnie zapomniano. Innymi słowy, w Polsce rządzi prywata i każdy, kto się dorwie do żłobu, tak mocno ciągnie tę narodową, biało-czerwoną szmatę, aby mu się jak najwięcej dostało.

Mamy zatem odpowiedź na pytanie zadane na początku poprzedniego akapitu. Do „elity” pchają się ci, którzy chcą – primo – rządzić innymi, bo rozpiera ich napompowane ego i żądza władzy oraz secundo – bo im wyższy stołek, tym większe pieniądze, większe możliwości, a następnie luksus do końca życia na niebotycznej emeryturze. Warto więc walczyć o awanse i piąć się po trupach ścieżkami kariery. Tego typu motywacja powoduje, że cel uświęca środki i nawet jeśli wcześniej istniały jakieś resztki ludzkich uczuć, giną one bezpowrotnie w szaleńczej gonitwie za mamoną i władzą. A ponieważ cel uświęca środki, żaden sposób nie jest zły, żeby wykończyć konkurencję; żadne kłamstwo nie jest złe, żeby zdobyć popleczników; żadna obietnica nie musi być dotrzymana, bo jej data ważności upływa z chwilą jej złożenia. Naród – jeśli w ogóle się o nim myśli – jest takim samym „mięsem armatnim”, czyli ma do czasu służyć brudnym celom. Do czasu wyborów, bo po wygranych wyborach, nie ma już czasu myśleć o narodzie – nie ma już czasu, bo ważniejsze jest utrzymanie się na stołku, a przecież doba ma tylko 24 godziny. Przegrana w wyborach powoduje, że narodu używa się do zwalczania elity rządzącej, co np. w Polsce przejawia się wyjątkowym chamstwem, sianiem nienawiści i tworzeniem podziałów społecznych na „prawdziwych” i „nieprawdziwych” Polaków, psując tym ostatnim reputację w kraju i na świecie.

Sprawa katyńska była znana od końca wojny i kto chciał wiedzieć, ten wiedział, ale nie wolno było o tym mówić. W PRLu wielkim głosem mówiło się o milionach Polaków zamordowanych w niemieckich obozach zagłady na terenach Polski i Niemiec, bo była zimna wojna i wszystko co dotyczyło tamtej strony żelaznej kurtyny było zgniłe i wraże. Po 1989 roku nazistowska zbrodnia straciła swój połysk i przestano się nią interesować, bo zmieniła się polska orientacja polityczna i tym razem wszystko, co się dzieje po drugiej stronie Bugu jest zgniłe i wraże. W zamian za holokaust polska opinia publiczna otrzymała Katyń jako pożywkę do znienawidzenia Rosji – tak, jakbyśmy ją kiedykolwiek kochali. Dwa pokolenia dziennikarzy i publicystów wykarmiły się piersią Katynia, biorąc sowite wierszówki za teksty obracające w koło Macieju ten temat, po to tylko żeby judzić, podżegać, wprowadzać ferment i niezgodę.

Taki był główny powód tej wycieczki 10 kwietnia. Przegięto pałę zbyt mocno i jeśli ktoś tam jest na górze, dał wreszcie niektórym Polakom porządnego klapsa. Dosyć Katynia. Przestańmy międlić tę sprawę w nieskończoność. Przestańmy żyć przeszłością i nurzać się w bezsilnej, bezsensownej nienawiści. Jeśli faktycznie 95% polskiego narodu to chrześcijanie, powinni przestrzegać tego, co nakazał Jezus, którego uważają za swojego mistrza: przebaczyć i zapomnieć. Lecz Jezus jest jedynie na pokaz. Niech świat szlag trafi z zazdrości, że mamy największy posąg kiedykolwiek zbudowany.

Jednym z honorowych gości prezydenta na pokładzie feralnego tupolewa był jeden z żyjących dinozaurów niesławnej pamięci „rządu na uchodźstwie”, zwanego popularnie rządem londyńskim. Gdyby nie ten rząd, nie byłoby dwóch niepotrzebnych tragedii w historii Polski – rzezi w Katyniu i Powstania Warszawskiego. Gdyby sanacyjni politycy i naczelne dowództwo nie uciekło z kraju nie powąchawszy prochu kampanii wrześniowej, nie byłoby nikogo w Katyniu, bo oficerowie byliby z żołnierzami na froncie niemieckim. Dziś, ten dinozaur jest też bohaterem-męczennikiem, bo zdarzyło mu się zginąć w samolocie w drodze do Katynia, gdzie miał „uczcić” ofiary zbrodni wojennej, nie myśląc nawet o tym, że ten „rząd”, którego był członkiem, pośrednio ponosi odpowiedzialność za to co się stało. Sąd surowo karze ludzi na stanowiskach za niedopełnienie obowiązków, zwłaszcza wtedy, gdy doszło do jakiejś katastrofy. Rząd londyński nie tylko cieszył się nietykalnością, ale jego członkowie są uważani we współczesnej, prawicowej Polsce za bohaterów narodowych.

Oto jak się tworzy polska współczesna mitologia, której następne pokolenia będą się uczyć z podręczników jako historycznych faktów do wierzenia. Oto w jaki sposób nieznaczna nawet zmiana terminologii niedouczonych gazetowych pismaków potrafi odwrócić kota ogonem i z tchórza zrobić bohatera; z obrażalskiego pyszałka skromnego „dobrego pana”, którego wszyscy tak kochali; z pospolitego kłamcy, na którego ustach prawda pojawiała się przez pomyłkę, człowieka kryształowo uczciwego i prawdomównego. Ta mitologia tworzy się tu i teraz, wprost przed naszymi oczami.

Są ludzie, którzy się nie zgadzają, protestują, a nawet próbują walczyć, ale jest ich zbyt mało i ich głos jest zbyt cichy. Może się boją o własną skórę? Nie dziwię się, bo w kraju, gdzie panuje ślepota, widzący są oszołomami.

2 komentarze:

  1. Dla mnie ten cały bełkot jest wyrazem skrajnej polskiej kołtunerii, zakłamania, hipokryzji. Kaczyński zaczyna montować kult swego braciszka na bazie sekty quasi-religijnej zwanej PiS. A najgorsze jest w tym to, ze mocno cuchnie to hitleryzmem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Piotrze, zgadzam się mniej więcej z tym co pan pisze. Jednak z tego można poniekąd wywnioskować, że to Pis rządzi w Polsce. Nie rządzi a druga wiodąca partia wcale nie jest lepsza. Wyspecjalizowała się tylko w czym innym.

    OdpowiedzUsuń